Rozdział 1 - Kwarantanna w imperium.
Nagle nad miastem zrobiło się całkiem ciemno. Cała elektryczność która nocą oświetlała Empire City w jednej chwili zgasła. Za moment znów zrobiło się jasno i jakby z nieba zaczęły lecieć kule ognia. Odwróciłem się i spojrzałem na ogromną błękitną kulę. W środku niej jakby szalała burza w której błyskawice chciałyby przedostać się z ogromnego pola magnetycznego. Kula z wielką szybkością rosła zakrywając całą dzielnicę. Okrąg wybuchł a ja rozpocząłem nowe życie.
- Aktywacja 6 minut temu. Puls 45. Oddech 10... Wszystko wygląda dobrze Harry.
Obudziłem się na środku jakiegoś kawałka asfaltu. Miałem straszne rany na ciele. Wybuch był na prawdę silny. Wokół mnie nie było praktycznie nic.
- Cholera, co się stało ? - wstałem ostatkiem sił i otrzepałem ubrania. - O Boże... - rozejrzałem się dookoła. Wszystko było zniszczone. Słyszałem krzyki i płacz ludzi. Helikopter leciał nad miejscem wybuchu.
- Tam jest ktoś żywy. Hej ! Pomachaj jeśli mnie słyszysz. Jeśli możesz chodzić wyjdź z stamtąd i i idź do mostu.- zacząłem się rozglądać by jakoś się stąd wydostać bez większych obrażeń. Wszędzie był ogień ! - Hej ty w garażu ! Wyjdź stamtąd tam wszystko się wali! - To pewnie akurat nie było skierowane do mnie.
- Dalej Harry, ruszaj się, ruszaj.
Postanowiłem pójść w lewo i jakoś zejść z kawałka jezdni. Zacząłem biec po jaśniejszych obszarach ziemi. Co trochę coś koło mnie wybuchało nie dając mi bezpiecznie wyjść z tej dziury. Przystanąłem na moment zmęczony ciągłym biegiem a przede mną runął odbiornik satelitarny! Znów zacząłem biec ile miałem sił w nogach. Zadzwonił telefon. To Zeke.
- Harry jesteś tam brachu ? Dalej stary, odbierz!
- Zeke? Cholera, co się dzieje? Chyba był jakiś wybuch.
- Jasne że to był wybuch ! W telewizji mówią, że terroryści wysadzają różne miejsca w mieście. Spotkajmy się na moście Fremont. Ściągniemy tam Trish i zadekujemy się gdzieś.
- Do zobaczenia na miejscu.
Przeskakiwałem z kamienia na kamień. Dostałem się do już opuszczonego parkingu. Po mojej lewej stronie był otwarty i na wpół zniszczony generator prądu. Przez niektóre kable przechodził prąd. Już miałem iść dalej kiedy zrobił się wielki huk i kopnął mnie prąd. Czułem ogromny ból, który krążył w moim ciele. Ze zgiętymi kolanami lekko pochyliłem się do przodu. Nie mogłem złapać pełnego oddechu.
- Co do diabła ?
Przez moje dłonie przechodził prąd. Ale.. Ale jak ? Wyprostowałem się.
- Powinienem być martwy.. - wyszeptałem.
Zacząłem szukać wyjścia z piętrowego parkingu. Obok mnie zarwał się sufit i przez dziurę wypadło auto. Dobrze, że stałem obok ...
- O rany ..
Kolejny gruz i kolejne auta padały obok mnie a ja tylko dziękowałem Bogu, że stałem obok...
Gdy znalazłem chyba jedyną drogę ucieczki, ziemia się zatrzęsła i spowodowała zawalenie małego betonowego mostu. Rozglądając się za nowym wyjściem zobaczyłem rurę. Bez wahania wszedłem na nią i powolnym krokiem kierowałem się ku końcowi. W połowie drogi rury ubyło i musiałem przeskoczyć na drugą stronę. Gdy byłem już na stabilnej powierzchni znów zacząłem szukać wyjścia. W podłodze była szczelina przez którą wystawał kabel. Znów kopnął mnie prąd!
- Co się ze mną dzieje?
Zgiąłem się w pół. Przede mną wszystkie rzeczy które miały styczność z prądem zaczęły wariować! Łączyła ich wielka nić prądu, która po chwili wybuchła i spowodowała zapadnięciem się mojej kolejnej drogi ucieczki. Jednak gdy podszedłem bliżej zobaczyłem, że podłoga nie do końca się zapadła. Na szczęście... Skorzystałem z okazji i zszedłem na dół. W końcu zobaczyłem jezdnię i z ulgą zacząłem się kierować do centrum. Helikoptery wciąż latały i szukały po zakamarkach rannych ludzi...
- Jeżeli możesz chodzić, ewakuuj się do Neon przez most. Zachowaj spokój, służby ratownicze są już w drodze. - kolejny raz usłyszałem głos pilota sterującego helikopter.
Po drodze mijałem radiowozy policyjne i karetki pogotowia. Wszystko było w opłakanym stanie. Z daleka zobaczyłem Zeka, który do mnie machał.
- Harry! Tutaj, stary! Musimy iść!
Mijałem leżących ludzi na ziemi, gdy znów kopnął mnie prąd!
- Boże, nie! Z nieba błyskawice energii padały obok mnie. - Nie! Nie! - Błyskawice coraz mocniej i coraz częściej waliły w ziemię. Od ramion po koniuszki palców przechodziło przeze mnie coraz więcej prądu.
- O nie, to terroryści! Uciekaj do mostu Harry!
Zacząłem gorączkowo rozglądać się za Zekiem.
- Dalej! Ruszaj się!
Biegłem przed siebie. Nic praktycznie nie widziałem. Nie mogłem znaleźć swojego przyjaciela.
- Rusz tyłek Harry! Most się wali!
Spanikowałem. Nigdzie nie mogłem znaleźć kurwa Zeka! Przez ludzi przechodził prąd. Od razu umierali. A ja? Żyłem. Chociaż już nie powinienem. Doszedłem do końca mostu i padłem na kolana.
- Cholera, co się stało ? - wstałem ostatkiem sił i otrzepałem ubrania. - O Boże... - rozejrzałem się dookoła. Wszystko było zniszczone. Słyszałem krzyki i płacz ludzi. Helikopter leciał nad miejscem wybuchu.
- Tam jest ktoś żywy. Hej ! Pomachaj jeśli mnie słyszysz. Jeśli możesz chodzić wyjdź z stamtąd i i idź do mostu.- zacząłem się rozglądać by jakoś się stąd wydostać bez większych obrażeń. Wszędzie był ogień ! - Hej ty w garażu ! Wyjdź stamtąd tam wszystko się wali! - To pewnie akurat nie było skierowane do mnie.
- Dalej Harry, ruszaj się, ruszaj.
Postanowiłem pójść w lewo i jakoś zejść z kawałka jezdni. Zacząłem biec po jaśniejszych obszarach ziemi. Co trochę coś koło mnie wybuchało nie dając mi bezpiecznie wyjść z tej dziury. Przystanąłem na moment zmęczony ciągłym biegiem a przede mną runął odbiornik satelitarny! Znów zacząłem biec ile miałem sił w nogach. Zadzwonił telefon. To Zeke.
- Harry jesteś tam brachu ? Dalej stary, odbierz!
- Zeke? Cholera, co się dzieje? Chyba był jakiś wybuch.
- Jasne że to był wybuch ! W telewizji mówią, że terroryści wysadzają różne miejsca w mieście. Spotkajmy się na moście Fremont. Ściągniemy tam Trish i zadekujemy się gdzieś.
- Do zobaczenia na miejscu.
Przeskakiwałem z kamienia na kamień. Dostałem się do już opuszczonego parkingu. Po mojej lewej stronie był otwarty i na wpół zniszczony generator prądu. Przez niektóre kable przechodził prąd. Już miałem iść dalej kiedy zrobił się wielki huk i kopnął mnie prąd. Czułem ogromny ból, który krążył w moim ciele. Ze zgiętymi kolanami lekko pochyliłem się do przodu. Nie mogłem złapać pełnego oddechu.
- Co do diabła ?
Przez moje dłonie przechodził prąd. Ale.. Ale jak ? Wyprostowałem się.
- Powinienem być martwy.. - wyszeptałem.
Zacząłem szukać wyjścia z piętrowego parkingu. Obok mnie zarwał się sufit i przez dziurę wypadło auto. Dobrze, że stałem obok ...
- O rany ..
Kolejny gruz i kolejne auta padały obok mnie a ja tylko dziękowałem Bogu, że stałem obok...
Gdy znalazłem chyba jedyną drogę ucieczki, ziemia się zatrzęsła i spowodowała zawalenie małego betonowego mostu. Rozglądając się za nowym wyjściem zobaczyłem rurę. Bez wahania wszedłem na nią i powolnym krokiem kierowałem się ku końcowi. W połowie drogi rury ubyło i musiałem przeskoczyć na drugą stronę. Gdy byłem już na stabilnej powierzchni znów zacząłem szukać wyjścia. W podłodze była szczelina przez którą wystawał kabel. Znów kopnął mnie prąd!
- Co się ze mną dzieje?
Zgiąłem się w pół. Przede mną wszystkie rzeczy które miały styczność z prądem zaczęły wariować! Łączyła ich wielka nić prądu, która po chwili wybuchła i spowodowała zapadnięciem się mojej kolejnej drogi ucieczki. Jednak gdy podszedłem bliżej zobaczyłem, że podłoga nie do końca się zapadła. Na szczęście... Skorzystałem z okazji i zszedłem na dół. W końcu zobaczyłem jezdnię i z ulgą zacząłem się kierować do centrum. Helikoptery wciąż latały i szukały po zakamarkach rannych ludzi...
- Jeżeli możesz chodzić, ewakuuj się do Neon przez most. Zachowaj spokój, służby ratownicze są już w drodze. - kolejny raz usłyszałem głos pilota sterującego helikopter.
Po drodze mijałem radiowozy policyjne i karetki pogotowia. Wszystko było w opłakanym stanie. Z daleka zobaczyłem Zeka, który do mnie machał.
- Harry! Tutaj, stary! Musimy iść!
Mijałem leżących ludzi na ziemi, gdy znów kopnął mnie prąd!
- Boże, nie! Z nieba błyskawice energii padały obok mnie. - Nie! Nie! - Błyskawice coraz mocniej i coraz częściej waliły w ziemię. Od ramion po koniuszki palców przechodziło przeze mnie coraz więcej prądu.
- O nie, to terroryści! Uciekaj do mostu Harry!
Zacząłem gorączkowo rozglądać się za Zekiem.
- Dalej! Ruszaj się!
Biegłem przed siebie. Nic praktycznie nie widziałem. Nie mogłem znaleźć swojego przyjaciela.
- Rusz tyłek Harry! Most się wali!
Spanikowałem. Nigdzie nie mogłem znaleźć kurwa Zeka! Przez ludzi przechodził prąd. Od razu umierali. A ja? Żyłem. Chociaż już nie powinienem. Doszedłem do końca mostu i padłem na kolana.
***
Dzień 1:
- Tracąc przytomność, w jakiś sposób "słyszałem" głosy umierających. Tysiące ludzi zginęło przywalone budynkami lub spłonęło żywcem. Trish straciła siostrę, omal nie straciła mnie. Zeke ciągle był przy mnie, był pewien, że się obudzę... A na zewnątrz miasto waliło się w gruzy.
Dzień 4:
- Przyszła epidemia... Potem zamieszki, kradzieże, gwałty... Cywilizacja popełniła samobójstwo. Rząd federalny podjął gównianą próbę "powstrzymania zagrożenia biologicznego" i odciął wszystkie drogi do miasta. Więc utknęliśmy w tej klatce z psycholami. Na ulicach na ma glin, zginęli albo boją się gangów kontrolujących miasto. Na zewnątrz było źle, ale wewnątrz, we mnie.. coś... coś się zaczynało. Najpierw byłem przerażony, nie miałem z kim porozmawiać, żadni eksperci nie mogli udzielić mi rady, ale powoli uczę się nad tym panować... Mam nadzieję, że nie jest za późno.
Empire City. 14 dzień kwarantanny.
- Miałeś oglądać telewizje. - Powiedziałem do Zeka leżącego na wersalce. Niezła melina... Na dachu...
- Akumulatory znowu zdechły. Możesz się tym zająć?
- Jasne. Cieszę się, że się na coś przydam.
- Musisz naładować wszystkie, telewizor żre mnóstwo energii.
Spojrzałem na swoją zaciśniętą dłoń. Prąd delikatnie pieścił moją skórę. Po przebudzeniu zrozumiałem, że mam władzę nad prądem. Skierowałem dłoń na jeden z akumulatorów i siłą umysłu skierowałem na niego moc.
- I o to chodzi! - pochwalił mnie Zeke.
Zrobiłem to samo i innymi akumulatorami. Mogę razić piorunami! Nieźle.
- Dawaj, koleś. Przegapimy wszystkie dobre programy.
"Nie przegapimy. Mamy mnóstwo czasu. Z resztą i tak jest epidemia, na co ty liczysz."- pomyślałem.
- Dobra robota, ogłupiacz działa!
- Dziwne. Czuję, jakbym miał więcej mocy.
- Serio? Spróbuj usmażyć tamte kukły.Wszędzie pęta się mnóstwo czubków, lepiej przekonajmy się jakim jesteś pakerem.
Podszedłem do manekinów i znów skumulowałem energię do mojego nadgarstka. Wykonanie tego polecenia nie było żadną filozofią...
- Super! Dawaj usmaż frajerów!
Pff żadne wyzwanie. Spaliłem resztę kukieł i wróciłem do wersalki Zeka. Usłyszałem samolot i spojrzałem w górę. Samolot strasznie nisko leciał. Na pewno był uszkodzony.
- Rany, widziałeś to? Ale nisko leciał, myślałem, że się tu rozwali!
Szczerze? Ja też tak myślałem. Odprowadziłem wzrokiem ledwie zipiący samolot.
- Hej, to ten telewizyjny naśladowca. Uwielbiam go!
- "Właśnie dostałem informacje, że ludzie zrzuciły paczki z pomocą na Archer Square. Kłamcy z korporacyjnych mediów wmawiają nam, że wszyscy z tego skorzystamy i więcej pomocy w drodze. Łatwo im mówić! To nie oni żyją w piekle! Prawda jest taka, że nas porzucono i nikt nie przyjdzie nam z pomocą. Idźcie na Archer Square i zabierzcie żywność zanim zjawią się żniwiarze. Głos przetrwania. Bez odbioru."
- Mówiłem, zrzucą żarcie.
- Chyba cie pogięło, stary. Myślisz, że te gryzipiórki się nami przejmują? Tylko grają pod publiczkę.
- Ale i tak masz zamiar obżerać się jak świnia, prawda? - Zake skamieniał
- Haha jasne. Zeke musi jeść!
- Idź schodami. Ja skorzystam z windy ekspresowej.
- Ty to się umiesz zabawić, stary.
Podszedłem do krańca dachu i skoczyłem. Stanąłem na równe nogi i otrzepałem się.
- I o to chodzi. - powiedziałem dumny.
- Uuu, to był niezły skok, stary. Szkoda, że ja tak nie potrafię. Bieganie po schodach jest do dupy. Zanim pójdziemy na Archer, muszę wziąć nowy rewolwer.
Przewróciłem oczami.
- Zaczyna się.
Pobiegłem za Zekiem, w tylko jemu znanym kierunku.
- No, to było niekiepskie. Gdy tylko go dotknąłeś, prąd z twoich rąk zapalił proch i BUUUM! Ale miałeś wtedy minę.
- Cholerstwo omal nie urwało mi ręki. - wyżaliłem się.
- Dlatego nie dotkniesz nowego. Dałem za niego akumulatory domowej roboty.
- Te które wybuchają, gdy się ich używa?
- Kurde, ten gość o tym nie wie. Chodź, powiedział mi, że zostawił giwerę na parkingu, parę przecznic stąd. Hej Hazz, wiesz czego mi brakuje? Pizzy. Marzy mi się wielki kawałek ociekający tłuszczem i z mnóstwem pepperoni. I wypłaty. Fajnie było mieć gruby plik banknotów w kieszeni.
- Mnie wystarczyłaby gorąca woda.
- Pamiętasz jak wracaliśmy od Duffy'ego i musiałem się odlać? A ten glina darł się, żebym podniósł ręce do góry? - Cały czas biegliśmy ale nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.
- Naszczałeś na niego.
- Kazał mi podnieść ręce! Był tak zaskoczony, że udało nam się zwiać. Niezłe jaja! Haha.
- Taak, jaja były, gdy wpadliśmy na ścianę gliniarzy.
- No, mówiłem, że niezłe jaja! Szkoda, że już nigdy coś takiego nam się nie zdarzy.
Skręciliśmy w prawo. Od razu za zakrętem były schody. Sytuacja w mieście wcale się nie poprawiła. Wręcz przeciwnie. Było kurewsko gorzej.
- Chyba, że jakiś geniusz wymyśli samochód, który nie wybucha, gdy do niego wsiadam...
Biegliśmy między wielkimi budynkami, przeskakiwaliśmy przez kontenery na śmieci i przechodziliśmy obok umierających ludzi. Nie mogłem na nich patrzeć. To za bardzo bolało. A gdyby to spotkało moją Trish? Chyba bym umarł razem z nią... Myśli o mojej narzeczonej przerwał Zeke. Stanęliśmy między autami.
- No nie mogę... Powiedział, że zostawi go pod samochodem, więc myślałem, że będzie tylko jeden. Nigdy go nie znajdziemy.
- Odsuń się, mam pomysł.
Zeke zgodnie z moją prośbą odsunął się na bok z miną jakby to mogło mu coś dać. Stanąłem obok pierwszego auta i całą swoją siłę skierowałem na niego. Prąd przychodził mi łatwo ale myślałem, że z autem nie dam sobie rady. A tu proszę jaka niespodzianka. Nie musiałem się przemęczać. Pistolet był pod pierwszym pojazdem.
- Niekiepsko! Kurde, nie wiedziałem, że możesz zrobić coś takiego.
Ucieszony jak dziecko Zeke podbiegł do rewolweru.
- Ja też nie... to jakiś impuls... - nagle zrobiło mi się słabo, co nie uszło uwadze tego grubasa
- Hej, stary, nie wyglądasz najlepiej.
- Jestem wyczerpany... Zaczekaj chwilę...
Coś we mnie mówiło mi żebym podszedł do stojącego nie daleko akumulatora energii. Wyciągnąłem ręce przed siebie i pioruny z odbiornika zaczęły krążyć w moim ciele. Od razu poczułem się lepiej.
- Widziałeś to?
- Stary, jesteś chodzącym akumulatorem! Musisz się naładować po każdym odpaleniu mocy!
- Czuję jak płynie przeze mnie prąd, zupełnie jakby mnie leczył.
- Mocna rzecz. Chodźmy na Archer Square, zanim ktoś zwinie wszystkie browary.
Przytaknąłem Zekowi i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zadzwonił mój telefon. To Trish. Bez wahania odebrałem.
- Harry, jesteś tam?
- Hej, maleńka.
- Słyszałeś, że rzucili żarcie?
- Tak, idę tam z Zekiem.
- Jak się czujesz?
- Chyba dobrze. Wszędzie pełno mocy. Dawniej mogłem ledwie zapalić żarówkę, a teraz zeskakuje z budynków i palę złom na dachu Zekiego.
- Skoczyłeś z budynku? Odebrało ci rozum?!
- Spoko, nic mi nie jest.
- Uważaj na siebie. Po tym, co stało się z Amy, nie zniosłabym...
- Wiem.
- Do zobaczenia na Archer Square. Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Włożyłem telefon do kieszeni spodni i dogoniłem Zeke. Biegliśmy przez zrujnowaną ulicę. Przebiegliśmy przez kilka uliczek i naszym oczom ukazał się park z wielką wierzą na której była wielka skrzynia z jedzeniem i innymi niezbędnymi rzeczami do życia.
- Rany, zaklinowało się. Przykro mi to mówić, ale tylko ty Harry możesz przeżyć taki upadek. Wejdź tam i zrzuć ten szajs.
Zacząłem chodzić koło wierzy myśląc jak mógłbym tam wejść. Jedynym wejściem na górę był maszt na chorągwie. Podszedłem do jednego z nich i położyłem na nim ręce. Przesunąłem je trochę wyżej i położyłem prawą a potem lewą nogę. Kierowałem się ku górze. Dłonie mnie strasznie bolały. Byłem już niedaleko, odbiłem się od masztu i wylądowałem na pół piętrze budynku. Obok mnie była akurat rura. Wspinałem się po niej znów na górę.
- Właź tam szybciej Harry! Żniwiarze będą tu lada chwila!
Z dołu doszedł mnie głos Zeke. Nie był w dobrym humorze... Czym prędzej wdrapywałem się na górę. Dzięki mocy mojego prądu przeciąłem pręty przymocowane do metalowej skrzyni. Pudło runęło z hukiem na ziemię. Ludzie przepychali się by tylko wziąć coś dla siebie lub swojej rodziny.
- Cholera, za późno.
Wtedy po raz pierwszy... spotkałem Żniwiarzy. Przed wybuchem byli tylko bandą ćpunów handlujących prochami. Teraz rządzą dzielnicą Neonów, biorą co chcą. Dziś to się zmieni.
Zeskoczyłem z wierzy i runąłem prosto na Żniwiarza. Z pierwszym poszło dość gładko. Rzuciłem się na drugiego, potem trzeciego, czwartego.. dwudziestego. Wyszedłem z tego bez szwanku.
- Ci popaprańcy są brutalni. - Zake jakiś ty błyskotliwy...
Pobiegłem za resztą tych pojebańców.
- Idą następni! - Normalnie kurwa Kolumb, serio. Czasami Zeke strasznie mnie irytował. Jednak to mój przyjaciel i wszystko puszczałem mu płazem. Żniwiarze przybywali a mi coraz trudniej jest ich pokonać. W końcu zabiłem wszystkich.
- To był ostatni. Czas na wyżerkę! - A temu to tylko jedno w głowie...
- Tu jest ful żarcia. Dla naszej trójki wystarczy na wiele tygodni.Może na dłużej. Założę się, że jeśli usmażę parę osób z tego tłumu reszta ucieknie. Żarcie będzie nasze, ale niektórzy z nich umrą z głodu... Nie pozwolę na to. Spojrzałem przed siebie i ujrzałem moją ukochaną.
- Hej Trish.
- Cieszę się, że ściągnąłeś tą żywność. Ci biedni ludzie głodują.
- Robię co mogę, ktoś musiał im pomóc.
Nagle odezwał się Zeke.
- Ci debili dali nam śliwki w puszkach. Kto chciałby jeść gówno...
Spojrzałem w górę na wielki telebim.
- Harry jesteś na dużym ekranie! - Zeke serio nie mógł się powstrzymać. Przecież widzę...
Ruszyłem w kierunku telebimu. Mówili o mnie. Chcą mnie złapać... Myślą, że to ja spowodowałem ten cały syf tutaj...
- Nazwano was kiedyś terrorystami? Z tego dnia pamiętam tylko, że szedłem do pracy, a potem uciekałem, by ratować życie... Ale to nagranie... Skąd miałem paczkę i dlaczego dostarczyłem bombę? I co najważniejsze, komu? Skutki widać wszędzie. Cokolwiek było między mną a Trish, przepadło. Nic nie powiedziała, nie okazała emocji - nic, po prostu odeszła. Potem ludzie zaczęli mnie rozpoznawać, robiło się nieciekawie, nawet Zeke krzywo na mnie patrzył, Szybko zaplanowaliśmy spotkanie na moście Stampton Bridge. Spróbujemy wydostać się z miasta. Mam nadzieję, że się zjawi bo w tej chwili mam nie wielu przyjaciół...
Zostałem sam na środku parku obok wierzy na Archer Square. Ludzie mnie znienawidzili, Trish mnie zostawiła a Zeke nie ma do mnie już takiego zaufania. Rozejrzałem się. W pewnym momencie jakiś koleś zaczął do mnie rzucać kamieniami. Reszta ludzi obok zrobiła to samo.
- Zostawcie mnie w spokoju!
Zacząłem uciekać. No bo co miałem zrobić? Przecież ich nie zabiję... Zadzwonił mój telefon. To Zeke.
- Słuchaj stary, jestem blisko mostu. Wszyscy cię tu nienawidzą, więc musimy szybko zwijać się z miasta.
- Do zobaczenia na miejscu. I Zeke, dzięki, że mnie osłaniałeś.
- Ha, nie ma sprawy, nie chce zrobić czegoś, co cie wkurzy. Nara.
Zacząłem kierować się w stronę mostu. Jak my się stąd wydostaniemy? Nie mogłem iść ciągle ulicą bo ludzie albo rzucali we mnie kamieniami albo policja do mnie strzelała. Wszedłem na budynek kawiarni i stamtąd przeskakiwałem na sąsiednie budynki. Most był daleko. Myślę, że jeszcze zdążę tam dojść przed nocą...
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
- Przyszła epidemia... Potem zamieszki, kradzieże, gwałty... Cywilizacja popełniła samobójstwo. Rząd federalny podjął gównianą próbę "powstrzymania zagrożenia biologicznego" i odciął wszystkie drogi do miasta. Więc utknęliśmy w tej klatce z psycholami. Na ulicach na ma glin, zginęli albo boją się gangów kontrolujących miasto. Na zewnątrz było źle, ale wewnątrz, we mnie.. coś... coś się zaczynało. Najpierw byłem przerażony, nie miałem z kim porozmawiać, żadni eksperci nie mogli udzielić mi rady, ale powoli uczę się nad tym panować... Mam nadzieję, że nie jest za późno.
***
Empire City. 14 dzień kwarantanny.
- Miałeś oglądać telewizje. - Powiedziałem do Zeka leżącego na wersalce. Niezła melina... Na dachu...
- Akumulatory znowu zdechły. Możesz się tym zająć?
- Jasne. Cieszę się, że się na coś przydam.
- Musisz naładować wszystkie, telewizor żre mnóstwo energii.
Spojrzałem na swoją zaciśniętą dłoń. Prąd delikatnie pieścił moją skórę. Po przebudzeniu zrozumiałem, że mam władzę nad prądem. Skierowałem dłoń na jeden z akumulatorów i siłą umysłu skierowałem na niego moc.
- I o to chodzi! - pochwalił mnie Zeke.
Zrobiłem to samo i innymi akumulatorami. Mogę razić piorunami! Nieźle.
- Dawaj, koleś. Przegapimy wszystkie dobre programy.
"Nie przegapimy. Mamy mnóstwo czasu. Z resztą i tak jest epidemia, na co ty liczysz."- pomyślałem.
- Dobra robota, ogłupiacz działa!
- Dziwne. Czuję, jakbym miał więcej mocy.
- Serio? Spróbuj usmażyć tamte kukły.Wszędzie pęta się mnóstwo czubków, lepiej przekonajmy się jakim jesteś pakerem.
Podszedłem do manekinów i znów skumulowałem energię do mojego nadgarstka. Wykonanie tego polecenia nie było żadną filozofią...
- Super! Dawaj usmaż frajerów!
Pff żadne wyzwanie. Spaliłem resztę kukieł i wróciłem do wersalki Zeka. Usłyszałem samolot i spojrzałem w górę. Samolot strasznie nisko leciał. Na pewno był uszkodzony.
- Rany, widziałeś to? Ale nisko leciał, myślałem, że się tu rozwali!
Szczerze? Ja też tak myślałem. Odprowadziłem wzrokiem ledwie zipiący samolot.
- Hej, to ten telewizyjny naśladowca. Uwielbiam go!
- "Właśnie dostałem informacje, że ludzie zrzuciły paczki z pomocą na Archer Square. Kłamcy z korporacyjnych mediów wmawiają nam, że wszyscy z tego skorzystamy i więcej pomocy w drodze. Łatwo im mówić! To nie oni żyją w piekle! Prawda jest taka, że nas porzucono i nikt nie przyjdzie nam z pomocą. Idźcie na Archer Square i zabierzcie żywność zanim zjawią się żniwiarze. Głos przetrwania. Bez odbioru."
- Mówiłem, zrzucą żarcie.
- Chyba cie pogięło, stary. Myślisz, że te gryzipiórki się nami przejmują? Tylko grają pod publiczkę.
- Ale i tak masz zamiar obżerać się jak świnia, prawda? - Zake skamieniał
- Haha jasne. Zeke musi jeść!
- Idź schodami. Ja skorzystam z windy ekspresowej.
- Ty to się umiesz zabawić, stary.
Podszedłem do krańca dachu i skoczyłem. Stanąłem na równe nogi i otrzepałem się.
- I o to chodzi. - powiedziałem dumny.
- Uuu, to był niezły skok, stary. Szkoda, że ja tak nie potrafię. Bieganie po schodach jest do dupy. Zanim pójdziemy na Archer, muszę wziąć nowy rewolwer.
Przewróciłem oczami.
- Zaczyna się.
Pobiegłem za Zekiem, w tylko jemu znanym kierunku.
- No, to było niekiepskie. Gdy tylko go dotknąłeś, prąd z twoich rąk zapalił proch i BUUUM! Ale miałeś wtedy minę.
- Cholerstwo omal nie urwało mi ręki. - wyżaliłem się.
- Dlatego nie dotkniesz nowego. Dałem za niego akumulatory domowej roboty.
- Te które wybuchają, gdy się ich używa?
- Kurde, ten gość o tym nie wie. Chodź, powiedział mi, że zostawił giwerę na parkingu, parę przecznic stąd. Hej Hazz, wiesz czego mi brakuje? Pizzy. Marzy mi się wielki kawałek ociekający tłuszczem i z mnóstwem pepperoni. I wypłaty. Fajnie było mieć gruby plik banknotów w kieszeni.
- Mnie wystarczyłaby gorąca woda.
- Pamiętasz jak wracaliśmy od Duffy'ego i musiałem się odlać? A ten glina darł się, żebym podniósł ręce do góry? - Cały czas biegliśmy ale nie mogłem się powstrzymać od śmiechu.
- Naszczałeś na niego.
- Kazał mi podnieść ręce! Był tak zaskoczony, że udało nam się zwiać. Niezłe jaja! Haha.
- Taak, jaja były, gdy wpadliśmy na ścianę gliniarzy.
- No, mówiłem, że niezłe jaja! Szkoda, że już nigdy coś takiego nam się nie zdarzy.
Skręciliśmy w prawo. Od razu za zakrętem były schody. Sytuacja w mieście wcale się nie poprawiła. Wręcz przeciwnie. Było kurewsko gorzej.
- Chyba, że jakiś geniusz wymyśli samochód, który nie wybucha, gdy do niego wsiadam...
Biegliśmy między wielkimi budynkami, przeskakiwaliśmy przez kontenery na śmieci i przechodziliśmy obok umierających ludzi. Nie mogłem na nich patrzeć. To za bardzo bolało. A gdyby to spotkało moją Trish? Chyba bym umarł razem z nią... Myśli o mojej narzeczonej przerwał Zeke. Stanęliśmy między autami.
- No nie mogę... Powiedział, że zostawi go pod samochodem, więc myślałem, że będzie tylko jeden. Nigdy go nie znajdziemy.
- Odsuń się, mam pomysł.
Zeke zgodnie z moją prośbą odsunął się na bok z miną jakby to mogło mu coś dać. Stanąłem obok pierwszego auta i całą swoją siłę skierowałem na niego. Prąd przychodził mi łatwo ale myślałem, że z autem nie dam sobie rady. A tu proszę jaka niespodzianka. Nie musiałem się przemęczać. Pistolet był pod pierwszym pojazdem.
- Niekiepsko! Kurde, nie wiedziałem, że możesz zrobić coś takiego.
Ucieszony jak dziecko Zeke podbiegł do rewolweru.
- Ja też nie... to jakiś impuls... - nagle zrobiło mi się słabo, co nie uszło uwadze tego grubasa
- Hej, stary, nie wyglądasz najlepiej.
- Jestem wyczerpany... Zaczekaj chwilę...
Coś we mnie mówiło mi żebym podszedł do stojącego nie daleko akumulatora energii. Wyciągnąłem ręce przed siebie i pioruny z odbiornika zaczęły krążyć w moim ciele. Od razu poczułem się lepiej.
- Widziałeś to?
- Stary, jesteś chodzącym akumulatorem! Musisz się naładować po każdym odpaleniu mocy!
- Czuję jak płynie przeze mnie prąd, zupełnie jakby mnie leczył.
- Mocna rzecz. Chodźmy na Archer Square, zanim ktoś zwinie wszystkie browary.
Przytaknąłem Zekowi i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zadzwonił mój telefon. To Trish. Bez wahania odebrałem.
- Harry, jesteś tam?
- Hej, maleńka.
- Słyszałeś, że rzucili żarcie?
- Tak, idę tam z Zekiem.
- Jak się czujesz?
- Chyba dobrze. Wszędzie pełno mocy. Dawniej mogłem ledwie zapalić żarówkę, a teraz zeskakuje z budynków i palę złom na dachu Zekiego.
- Skoczyłeś z budynku? Odebrało ci rozum?!
- Spoko, nic mi nie jest.
- Uważaj na siebie. Po tym, co stało się z Amy, nie zniosłabym...
- Wiem.
- Do zobaczenia na Archer Square. Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Włożyłem telefon do kieszeni spodni i dogoniłem Zeke. Biegliśmy przez zrujnowaną ulicę. Przebiegliśmy przez kilka uliczek i naszym oczom ukazał się park z wielką wierzą na której była wielka skrzynia z jedzeniem i innymi niezbędnymi rzeczami do życia.
- Rany, zaklinowało się. Przykro mi to mówić, ale tylko ty Harry możesz przeżyć taki upadek. Wejdź tam i zrzuć ten szajs.
Zacząłem chodzić koło wierzy myśląc jak mógłbym tam wejść. Jedynym wejściem na górę był maszt na chorągwie. Podszedłem do jednego z nich i położyłem na nim ręce. Przesunąłem je trochę wyżej i położyłem prawą a potem lewą nogę. Kierowałem się ku górze. Dłonie mnie strasznie bolały. Byłem już niedaleko, odbiłem się od masztu i wylądowałem na pół piętrze budynku. Obok mnie była akurat rura. Wspinałem się po niej znów na górę.
- Właź tam szybciej Harry! Żniwiarze będą tu lada chwila!
Z dołu doszedł mnie głos Zeke. Nie był w dobrym humorze... Czym prędzej wdrapywałem się na górę. Dzięki mocy mojego prądu przeciąłem pręty przymocowane do metalowej skrzyni. Pudło runęło z hukiem na ziemię. Ludzie przepychali się by tylko wziąć coś dla siebie lub swojej rodziny.
- Cholera, za późno.
***
Wtedy po raz pierwszy... spotkałem Żniwiarzy. Przed wybuchem byli tylko bandą ćpunów handlujących prochami. Teraz rządzą dzielnicą Neonów, biorą co chcą. Dziś to się zmieni.
***
Zeskoczyłem z wierzy i runąłem prosto na Żniwiarza. Z pierwszym poszło dość gładko. Rzuciłem się na drugiego, potem trzeciego, czwartego.. dwudziestego. Wyszedłem z tego bez szwanku.
- Ci popaprańcy są brutalni. - Zake jakiś ty błyskotliwy...
Pobiegłem za resztą tych pojebańców.
- Idą następni! - Normalnie kurwa Kolumb, serio. Czasami Zeke strasznie mnie irytował. Jednak to mój przyjaciel i wszystko puszczałem mu płazem. Żniwiarze przybywali a mi coraz trudniej jest ich pokonać. W końcu zabiłem wszystkich.
- To był ostatni. Czas na wyżerkę! - A temu to tylko jedno w głowie...
- Tu jest ful żarcia. Dla naszej trójki wystarczy na wiele tygodni.Może na dłużej. Założę się, że jeśli usmażę parę osób z tego tłumu reszta ucieknie. Żarcie będzie nasze, ale niektórzy z nich umrą z głodu... Nie pozwolę na to. Spojrzałem przed siebie i ujrzałem moją ukochaną.
- Hej Trish.
- Cieszę się, że ściągnąłeś tą żywność. Ci biedni ludzie głodują.
- Robię co mogę, ktoś musiał im pomóc.
Nagle odezwał się Zeke.
- Ci debili dali nam śliwki w puszkach. Kto chciałby jeść gówno...
Spojrzałem w górę na wielki telebim.
- Harry jesteś na dużym ekranie! - Zeke serio nie mógł się powstrzymać. Przecież widzę...
Ruszyłem w kierunku telebimu. Mówili o mnie. Chcą mnie złapać... Myślą, że to ja spowodowałem ten cały syf tutaj...
***
- Nazwano was kiedyś terrorystami? Z tego dnia pamiętam tylko, że szedłem do pracy, a potem uciekałem, by ratować życie... Ale to nagranie... Skąd miałem paczkę i dlaczego dostarczyłem bombę? I co najważniejsze, komu? Skutki widać wszędzie. Cokolwiek było między mną a Trish, przepadło. Nic nie powiedziała, nie okazała emocji - nic, po prostu odeszła. Potem ludzie zaczęli mnie rozpoznawać, robiło się nieciekawie, nawet Zeke krzywo na mnie patrzył, Szybko zaplanowaliśmy spotkanie na moście Stampton Bridge. Spróbujemy wydostać się z miasta. Mam nadzieję, że się zjawi bo w tej chwili mam nie wielu przyjaciół...
***
Zostałem sam na środku parku obok wierzy na Archer Square. Ludzie mnie znienawidzili, Trish mnie zostawiła a Zeke nie ma do mnie już takiego zaufania. Rozejrzałem się. W pewnym momencie jakiś koleś zaczął do mnie rzucać kamieniami. Reszta ludzi obok zrobiła to samo.
- Zostawcie mnie w spokoju!
Zacząłem uciekać. No bo co miałem zrobić? Przecież ich nie zabiję... Zadzwonił mój telefon. To Zeke.
- Słuchaj stary, jestem blisko mostu. Wszyscy cię tu nienawidzą, więc musimy szybko zwijać się z miasta.
- Do zobaczenia na miejscu. I Zeke, dzięki, że mnie osłaniałeś.
- Ha, nie ma sprawy, nie chce zrobić czegoś, co cie wkurzy. Nara.
Zacząłem kierować się w stronę mostu. Jak my się stąd wydostaniemy? Nie mogłem iść ciągle ulicą bo ludzie albo rzucali we mnie kamieniami albo policja do mnie strzelała. Wszedłem na budynek kawiarni i stamtąd przeskakiwałem na sąsiednie budynki. Most był daleko. Myślę, że jeszcze zdążę tam dojść przed nocą...
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hej ! Witam Was wszystkich !
Dzisiaj daje wam pierwszy rozdział i myślę, że wam się spodobał.
Kolejny rozdział myślę że pojawi się przed czwartkiem.
W ogóle to przepraszam, że rozdział dodaje tak późno ale nie wiem czy jutro będę miała czas na wejście tutaj.
Co myślicie o Harrym w tym opowiadaniu ?
Teraz Hazz jest takim nie typowym bohaterem i myślę, że przypadnie wam do gustu :3
Komentarze mile widziane XD
Ja się z wami żegnam. Do następnego ! :*
zajebistyyyyyy
OdpowiedzUsuńMegaaa *o* nie mogę doczekać się kolejnej części:***
OdpowiedzUsuń